home Wywiady/Recenzje Dormant Dissident „D-Demo”

Dormant Dissident „D-Demo”

Dormant Dissident „D-Demo”, czyli powrót do czasów, kiedy słysząc heavy metal widziałeś kilku gości w znoszonych „ramonach” z ciut przydługimi włosami, a których pojawienie się na scenie przyprawiało o gęsią skórkę, a w telewizji wywoływało skandal!

Ale od początku… „D-Demo” to pierwsza demówka w dorobku płytowym zielonogórskiej grupy Dormant Dissident. Wpisując w YouTube nazwę zespołu, ukazuje się okładka, czyli rozwrzeszczany biało-czarny ryj… Można mieć wrażenie, że usłyszymy za chwilę wrzaski wprost z piekła w stylu Immortall. Nic bardziej mylnego. „D-Demo” to trzy utrzymane w stylistyce starego dobrego heavy metalu numery. „Clinical Wonderland”, „Dormant Dissident”, wreszcie „Naprzeciw Śmierci”. Trzy dobrze ułożone kawałki. Z dobrze i całkiem wyraźnie zaśpiewnym tekstem, zwłaszcza po angielsku, co u nas nie każdemu wychodzi, a za co bierze się olbrzymia większość polskich twórców ciężkiego brzmienia. Z dobrze przećwiczonymi i wplecionymi solówkami. Choć można by się czepiać, że w pierwszej pieśni refren jest śpiewany trochę zbyt często, a „Dormant Dissident” jest ciut przydługi. W końcu polski akcent. Tekstowo jest zbyt stereotypowy, żeby nie powiedzieć banalny. No, bo, o czym w tym metalu śpiewać jak nie o śmierci? Zastanawiam się jeszcze nad garami – brzmią nieco jak automat, – ale to raczej nie wina chłopaków. Patrząc jednak na całość, „D-demo” zasługuje na duży plus. Bo po pierwsze: jak na pierwszy raz, widać dużo pracy i serducha wciśniętego w to wydawnictwo. Po drugie z tego, co można wyczytać choćby z wywiadu dla LDR wyszło im to, co zamierzali, a co przy okrojonym, podejrzewam, własnym budżecie nie każdemu wychodzi. Wreszcie po trzecie, jak powiedział w wywiadzie Rafał: „wszystko, co dobre, zostało już kiedyś wymyślone i stworzone. My tylko to powtarzamy, starając się dorzucić coś od siebie”. Zgadzam się i uważam, że jest spore grono słuchaczy klasycznych brzmień z najlepszych czasów Ironów czy królowej, Metallicy, którzy słysząc gdzieś na żywca Dormant Dissident poleci pod scenę potrząchać dynią, a po wszystkim, jeśli zespół się takiego dorobi, (czego im serdecznie życzę), nabędzie pełny album zespołu.

Hilaris